Strona główna
  prenumerata @lowiec.pl

Patrzysz na wypowiedzi wyszukane dla zapytania: prenumerata @lowiec.pl





Temat: Czytelnictwo prasy i literatury fachowej
Ja zamierzam nie długo zamowic prenumerate "Lasu polskiego", rzadko "Łowca polskiego" czytam oraz od czasu do czasu u ojca w zakładzie "Technike rolniczą i lesna" zachcachmence Czesto zaglądam do "Aury"ale to związane z problemami środowiska.
Może to nie zwiazane z temayka lesną, ale czytam "Rolniczy przegląd techniczny" często pomaga w zrozumieniu zawiłej techniki rolniczej i leśnej.
Czasopisma lesne bym chetnie czytał, ale nie sa dostepne "na ulicy" glównie prenumerata, ale jak tu sprawdzic czy akurat to czasopismomi pasuje??



Temat: Co myślicie na temat nowego czasopisma Serwis Motoryzacyjny
Tak się zastanawiam, po co wyrywać kartki z prenumeraty?
Ale ok, każdy robi to, na co ma ochotę nie wnikam.
U mnie Serwis Motoryzacyjny nie jest kaleczony przez wyrywanie kartek, tylko ładnie stoi sobie w stojaku, który dostałem od SM i dowolnie mogę się rozkoszować interesującymi artykułami.
Jestem też prenumeratorem Łowca Polskiego i stare numery z racji tego, że też jestem introligatorem, rocznikami zrobiłem sobie w pięknę książki.
Może to samo warto zrobić z SM. Ja jak już bede miał komplet to tak zrobie.
Pozdrawiam,





Temat: Posokowiec Bawarski
"Po Tropie" wydawnicto Łowiec polski, można zamówić jak prenumerate łowca, cena to jakieś 15 złotych, książka w całości poświęcona Posokowcom i szkoleniu psa od podstaw. Polecam



Temat: Wywiad z Michasiem w Łowcu Polskim.
Sprzedam kompletną prenumeratę Łowca Polskiego z lat 1974-1994.Część w twardej oprawie.Przystępna cena.Tel.608035613



Temat: Czasopisma łowieckie
My zakładamy prenumerate łowca już go troche się uzbierało.
Ale ostatnio dużo w nim się zrobiło reklam.
Myślimy troche o zmianie na brać łowiecką ale jeszcze tego nie czytałem.



Temat: Czasopisma łowieckie
Właśnie też odczuwam takie wrażenie czytając Brać,że krytykuje PZŁ. Może piszą to ludzie którzy nie są myśliwymi?Odnośnie prenumeraty Braci Łowieckiej niewiem nic, ale za łowca płacimy 70% bo reszte pokrywa nam koło.



Temat: Czasopisma łowieckie
Słyszałem żę Brać troche krytykuje PZŁ czy to prawda.
A jak wypada cenowo Brać.Bo lowiec kosztuje 96zł oczywiście prenumerata roczna.



Temat: Czasopisma łowieckie
Ja pozostane przy Łowcu Polskim, zamawiamy go w prenumeracie zbiorowej w kole łowieckim. Czytałem pare razy Brać Łowiecką ale specjalnego wrażenia na mnie nie zrobiła.Wydaje mi się tylko że jedna gazeta konkuruje z drugą.Czy to wynik jakiegoś konfliktu?



Temat: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Pojawiają się często zarzuty, iż Miszcz Marian zajmuje się wyłącznie praktyką (i to własną) prania po mordach (w tym po własnej), nie dbając przy tym o rozwój i trwałość organizacji (własnej). Może zatem zalążek nowego wątku ...
Słońce stało w zenicie. Przez szpary między deskami w scianach stodoły Miszcza przenikały jego jaskrawe promienie ujawniając rozwieszone do wysuszenia skórki wiewiórek chilijskich, paski ich suszonego mięsa (przygotowane na częściowo sponsorowany posiłek) oraz pęki ogonków tradycyjnie używanych jako kotyliony na poobradowych balach. Stłoczona w jedynym dobrze ocienionym fragmencie budynku stała grupa delegatów. Szemrali cichutko rozprawiając o ostatnim cyklu artykułów Miszcza w Biuletynie Łowców Wiewiórek w którym dowodził szkodliwości tego gatunku i podawał skuteczne sposoby na wyłapywanie gryzoni w dużych ilościach. Żaden z nich nie śmiał oczywiście cytować Biuletynu Ekologicznego, w którym Miszcz (dla pewności pod pseudonimem Miszczyni Maryna) bronił wiewiórek i zalecał stwarzanie im dobrych warunków do rozmnażania. Prenumeraty szły jak woda, Miszcz był w dobrych stosunkach zarówno z Kołem Łowieckim, Gminną Izbą Kuśnierską i punktem drukarsko-kserarskim Ksymeny Kuśmider wydającym oba periodyki. No a wiewiórki i tak były za głupie żeby wiedzieć o co chodzi.
Sam Marian kręcił się za stołem prezydialnym przygotowanym ze specjalnie do tego celu sprowadzonego taśmociągu. Czuł się mniej więcej jak kręcący się po klatce, rozzłoszczony tygrys trzepiący ogonem o pręty. Skojarzenie z tygrysem nasunęło się Miszczowi kiedy w swym odbiciu w zakurzonej szybie zobaczył jak wspomniane wyżej słońce tworzy na jego ciele pionowe paski. Rozzłoszczony był po prostu – o czym za chwilę, zaś myśli o ogonie i trzepaniu odsuwał od siebie, bo na sali były nieletnie...
Powód złego humoru Mariana miał swój początek wiele lat wcześniej. Na podobnym zebraniu któryś z przydupasów z chytrymi oczkami zaproponował, aby utworzyć Radę Federacji do Spraw Technicznych. Składać się na nią mieli posiadacze najwyższych stopni. Lizus nawet dobrze udawał zdziwionego, kiedy na koniec powiedział „No to teraz sprawdźmy kto posiada wymagany stopień... Miszcz Marian, oraz ... yyyy, no tego, o – to już koniec kartki? No właśnie! Miszcz Marian!” Tamten kretyn dawno już przeszedł do historii, ale Marian pozostał przewodniczącym i jedynym członkiem Rady Technicznej. No i gdzie tu powód do złości, spytacie? Niestety zgodnie ze statutem Rady (czemuż ach czemu go nie zmienił?) Marian był zobowiązany do przygotowania zarówno taśmociągu pod stół prezydialny, infrastruktury antyterrorystycznej (Miszcz wybrał wariant zapobiegawczy i po prostu delegaci byli obecnie w stanie skrajnego wyczerpania fizycznego uniemożliwiającego jakikolwiek terroryzm). Musiał się także zająć sprawą nagłośnienia (końcówka mocy od Bambino, mikrofon z magn. kas. Kasprzak mono). Po wielu godzinach ślęczenia z lutownicą kolbową do rynien (palce Miszcza nie należały do najszczuplejszych) udało się zmajstrować w końcu aparaturę i teraz tylko trzeba było pilnować, aby nikt niczego nie dotknął. Chodził zatem Marian wokół stołu i dla uspokojenia nucił coś sobie pod nosem. Do zebranych dochodziły tylko strzępki tekstu: „...dziesięć lat, ... przejechał po mnie żuk z rejestracją HGW...”. Zresztą Miszcz miał tak niski głos, że tylko nieliczni byli w stanie wychwycić słowa spomiędzy tupnięć nogami o klepisko.
Wybiła godzina rozpoczęcia obrad (a konkretnie to Miszcz strzelił pestką z dyni w stronę pobliskiej dzwonnicy). Marian chrząknął i przeszedł do konkretów.
„Nie chciałbym stworzyć wrażenia, iż nie chcę, abyście mnie nie wybrali do pełnienia funkcji którą ktoś inny również nie mógłby pełnić. Co wy na to? Kto przeciw? Nie widze. Dziekuje za zaufanie. Zatem jako przewodniczący obrad ogłaszam Zjazd za otwarty”.
No i się zaczęło...



Temat: Kot, który...
Klasyczny kryminał jest jednym z najpopularniejszych gatunków literatury rozrywkowej. Stworzony przez, będącego przede wszystkim mistrzem horroru, Edgara Allana Poe; do gatunkowej klarowności doprowadzony przez Artura Conan Doyle'a; rozwijany i wzbogacany przez pisarzy angielskich, amerykańskich, francuskich. Paru polskich twórców - z niezapomnianym Joe Alexem (notabene wejherowskim maturzystą) na czele - też dorzuciło swoje co-nieco. Kryminału nie należy gatunkowo mylić z utworem sensacyjnym, gdzie najważniejsze jest nie tyle rozwiązanie zagadki, co ekstremalne perypetie bohaterów. Mimo ogromnej popularności jako gatunku - pojedyncza powieść kryminalna jest zwykle czytadłem jednorazowym, raczej nie sięgniemy do niej powtórnie wiedząc, kto zabił (wyjątkiem mogą być jedynie utwory ambitniejsze, w rodzaju najlepszych osiągnięć "czarnego kryminału").
Osobiście nie jestem jakimś wielkim fanem literackich kryminałów; podobnie jak w przypadku sensacji czy horroru - wolę je raczej w wersji filmowej. Ale co jakiś czas zdarza mi się sięgnąć po powieści czy opowiadania spod tego znaku. No, i od szczenięcych lat bardzo lubię Sherlocka Holmesa (utwory Conan Doyle'a wciąż są żywe i mają niepowtarzalny klimat - w przeciwieństwie do większości, zwykle sztampowo naiwnych niestety, filmowych przygód najsłynniejszego z detektywów).
Niedawno, gdy u przyjaciół z Gdańskiego Klubu Fantastyki redagowaliśmy kolejny numer comiesięcznego klubowego "Informatora", zwróciłem uwagę na książkę czytaną przez panią domu. Zainteresowało mnie słowo "kot" w tytule - jako że koty to moje ulubione zwierzęta i niechybnie można mnie uznać za stuprocentowego "kociarza". W ten przypadkowy zupełnie sposób dowiedziałem się o, wydawanym właśnie w Polsce, kryminalnym cyklu Lilian Jackson Braun "Kot który...". Zachęcony entuzjastycznymi wypowiedziami obojga gospodarzy pożyczyłem od nich trzy pierwsze tomy. Pochłonąłem je w pociągu podczas delegacji na drugi kraniec Polski. Teraz konsekwentnie pożyczam następne i sukcesywnie czytam je podczas mych licznych wyjazdów w różne strony; zwykle jedna książka starcza mi na podróż w jedną stronę (liczą one po niecałych dwieście stron). Jednak ta "literatura wagonowa" dostarcza rozrywki w naprawdę przepysznym wydaniu!
Dołączam się więc do pełnych zapału i zachęty słów moich starych przyjaciół.
Akcja powieści toczy się na Środkowym Zachodzie USA, w którymś ze stanów graniczącym z Kanadą. Sądząc po opisywanych realiach, m.in. technicznych, czas akcji to chyba lata sześćdziesiąte lub siedemdziesiąte (ciągle dziwnie dodaje się słowa: ubiegłego wieku). Bohaterem jest były dziennikarz śledczy, który popadł w życiowe tarapaty - i teraz stara się powoli odbudowywać swoje życie zawodowe (i nie tylko). Początkowo trafia do dużego miasta, potem los rzuca go na totalną prowincję. Znów pracuje gazecie, jednak otrzymuje rubryki dalekie od swoich zainteresowań i swojego temperamentu. A to ma recenzować miejskie galerie sztuki, a to pisać o lokalnych dekoratorach wnętrz, a to o rynku antycznych staroci; nawet rubryka kulinarna (jest zadeklarowanym smakoszem!) zostaje mu zlecona wtedy, gdy... właśnie postanowił przejść na dietę. Jednak instynkt łowcy go nie zawodzi - i w każdym z poznawanych właśnie środowisk trafia na ślad niedawnej zbrodni lub zapomnianej zagadki kryminalnej. Potem, już na prowincji, wyciąga na światło dzienne rozmaite draństwa będące mrocznymi tajemnicami z pozoru idealnej i bezkonfliktowej społeczności (nikt nie zamyka drzwi wychodząc z domu), których nikt przed nim nie chciał w ogóle ruszyć - by nie skompromitować szanowanego powszechnie przyjaciela lub na zasadzie "każdy z nas o każdym wie zbyt dużo, byśmy skłócić mogli się bezkarnie" (jak śpiewał o nowych polskich realiach, w innym zupełnie kontekście, Jacek Kaczmarski).
Na okładkach książek wydrukowany jest slogan "Największy hit od czasów Agaty Christie". Zawsze mam sporą rezerwę do tego typu haseł reklamowych - jednak opisywane intrygi skonstruowane są naprawdę pomysłowo i z autentycznym wdziękiem. Przy swoich walorach sensacyjnych - powieści te posiadają też bowiem kapitalnie zarysowane tło: najrozmaitsze postacie i sytuacje tzw. drugiego planu. Trudno oczywiście by tu mówić o jakiejś głębi psychologicznej; ale o świetnej historii obyczajowej powiedzieć można na pewno. Dlatego, choć każda powieść stanowi jako kryminał odrębną całość, warto czytać te tomy w chronologicznej kolejności (na grzbietach są numery) - wtedy wyraźniej odbiera się owo tło obyczajowe, gdyż w tej warstwie opowieść jest zdecydowanie jedną całością. Nie bez znaczenia jest też wyśmienity humor: autorka dobrotliwie dworuje sobie z najrozmaitszych wielkomiejskich i małomiasteczkowych snobizmów. Frajdę z lektury mogą mieć też koneserzy wyrafinowanej kuchni; okazuje się, że nie wszyscy Amerykanie żywią się paskudztwami z fast-foodów - nasz bohater, nawet będąc w kłopotach finansowych, jada regularnie w najróżniejszych restauracjach (czytałem kiedyś, że przed wojną przeciętnego polskiego urzędnika stać było, bez odczuwalnego uszczerbku, na codzienne stołowanie się w przeciętnej restauracji).
Ktoś powie: no dobrze - ale gdzie kot w tym wszystkim?
Jest. I to syjamski. Nasz bohater wchodzi w jego posiadanie w pierwszym tomie cyklu. Kot ów potrafi nie tylko wskoczyć z pozycji siedzącej na szafę (miałem w domu kilka syjamów - więc wiem, że to dla tej arcyrasy żaden wysiłek), ale również... pomaga swemu panu rozwiązywać zagadki kryminalne i nieraz ratuje go z opresji. Nie jest to zresztą napisane w konwencji fantastycznej, ale raczej "na dwoje babka wróżyła": na przykład kot uparcie bawi się przedmiotem, który okaże się dowodem w sprawie albo oplątuje sprzęty włóczką, w którą w ciemnościach zaplącze się morderca. Wielbicielom kotów dodam zresztą, że od drugiego tomu kot Koko ma również syjamską towarzyszkę Yum Yum (nie posiadającą jednak jego detektywistycznych zdolności). Oba te zwierzaki płatają też swemu panu tysiące najzwyczajniejszych kocich figli.
Cykl powieści Lilian Jackson Braun liczy około trzydziestu pozycji (ja nie dotarłem jeszcze nawet do połowy). Tytuł każdego z tomów zaczyna się od słów: "Kot który" - po czyn następuje rozwinięcie zdania, np. "znał Szekspira". Książki te nie są chyba dystrybuowane w księgarniach; na pewno dostępne w prenumeracie (jej warunki podane są na ostatnich stronach każdego egzemplarza) i zapewne w bibliotekach (chyba nie przegapiono takiego rozrywkowego hitu). Przy metryczce każdej książki są też podane namiary na wydawnictwo. Nie podam tutaj nazwy wydawnictwa, by nie uprawiać kryptoreklamy. Ale na pewno wystarczy wpisać do wyszukiwarki internetowej imię i nazwisko autorki, by dotrzeć do wszystkich niezbędnych informacji... Miłej lektury!



Temat: Komentarze artykułów Wędkarskiego Świata
Po kilku dniach polowania udało mi się kupić czerwcowy numer WŚ. Muszę pomyśleć o prenumeracie- szybciej, taniej i wygodniej... Ale do rzeczy

Strona 8 i opis najwspanialszego łowiska na jakim miałem przyjemność wędkować. Zazdroszczę Naczelnemu tej wyprawy jak nie wiem co. Mörrum ( czyt. merum ) to naprawdę wspaniałe, królewskie łowisko. Co ciekawe nie tylko ryb łososiowatych.
Pozwolę sobie, za namową Admina, dodać kilka zdań swoich wspomnień związanych z tą wspaniałą rzeką. Mörrum jest rzeką przegrodzoną w kilku miejscach starymi zaporami, tworzącymi małe zbiorniki, zbudowanymi dano temu na potrzeby energetyczne miejscowych zakładów. Co istotne, przy każdej z nich działają ciągle sprawne przepławki doskonale spełniające swoją rolę. Ja miałem przyjemność mieszkać przez blisko 3 miesiące w miejscowości Svängsta dosłownie kilkaset metrów od siedziby firmy ABU nad samym brzegiem rzeki, a właściwie jednego ze wspomnianych zalewików, gdzie jednak nurt rzeki był wyraźny. W rybostanie rzeki dominują łososie, trocie i pstrągi. Występuje też sieja wędrowna. W spokojniejszych fragmentach rzeki, oraz oczywiście zbiornikach występują płocie, ukleje, leszcze, węgorze, liny, wzdręgi oraz fenomenalnych rozmiarów okonie i jazie oraz oczywiście szczupaki. Słyszałem też legendę o wielkim sumie grasującym w zbiorniku Svängsta. Sam prawie każdą wolną chwilę przeznaczałem na spinningowe łowy z różnym skutkiem, głównie jak dla mnie fantastycznym, ale nie o tym chcę napisać . Mimo, że większość okolicznych mieszkańców to wędkarze, jednak trudno spotkać ich nad brzegiem rzeki, większość licencji wykupują przyjezdni (głównie turyści z Niemiec i Wielkiej Brytanii) spragnieni spotkania z wielkim łososiem, o co w niektórych okresach wcale nie jest trudno. Jako ciekawostkę dodam, że praktycznie przez cały sierpień przez kuchenne okna domu, w którym mieszkałem mogłem obserwować spławy i wyskoki wspaniałych salmonidów, zwłaszcza rankami i wieczorami, zwykle jakaś ryba pokazywała się średnio co kilkanaście sekund a bywało i tak, że jednocześnie kilka było w powietrzu pokazując swe srebrzyste ciała w całej okazałości. Taki widok miałem prze okno - http://www.wedkarskiswiat...oad.php?id=3069 niestety nie miałem ani kamery, ani cyfrówki, a żadnego skoku ryby nie udało mi się uchwycić na kliszy. Kiedy tak się przyglądałem i myślałem jakie to eldorado i żeby dożyć czasów, że tak będzie wyglądała nasza Słupia, Parsęta, Rega... Podszedł do mnie Alf, mój gospodarz i powiedział, że nie ma na co patrzeć, woda jest za niska i za ciepła, ryby nie chcą wchodzić w rzekę i jest ich bardzo mało... Jego opinię potwierdziło później kilku miejscowych. Aż strach pomyśleć co dla Szwedów oznacza "dużo ryby" jeśli to było bardzo mało... Żeby było jeszcze ciekawiej, kiedy Niemcom zakwaterowanym koło centrum miasteczka znudziły się łososie, na nieco lżejszy sprzęt łowili w pobliżu zapory pływające całymi stadami dorodne jazie, chyba nie było mniejszych niż 2 kg...
Wróćmy do samej rzeki. Wzdłuż jej brzegów w najbardziej interesujących miejscach pobudowane są stabilne kładki dla wędkarzy - o czym wspomina Jacek Kolendowicz w artykule, co kilka kilometrów czekają na łowców chcących odpocząć od wrażeń małe "domki" z bali, chroniące przed deszczem, są tam stoliki, miejsca na ognisko z zapasem drewna, słowem idealne miejsca spotkań i odpoczynku nad wodą. A to wszystko we wspaniałej scenerii.
Jeśli ktoś będzie miał okazję być w okolicy, polecam wizytę w miasteczku noszącym tę samą nazwę co rzeka, Mörrum, i odwiedzenie znajdującego się tam muzeum - Laxen Hus. Wewnątrz budynku możemy przez oszklone ściany obserwować łososie brnące w górę rzeki na tarło, jest tu również (a przynajmniej była wówczas) wielka kolekcja sztucznych przynęt - Radowan i Marek, a pewnie nie tylko oni, dostaliby oczopląsów Znajdują się tam również zdjęcia i inne trofea okazowych łososi złowionych w okolicy.
W pobliżu Laxen Hus można również powędkować, niestety słono płacąc, jak zresztą w większości miejsc, ale i bez tego wrażenia są niezapomniane, zwłaszcza, gdy obserwujemy
pokonywanie wodospadu przez dwucyfrowe srebrniaki stojąc na mostku bezpośrednio nad nimi.
Ryb prawie zawsze jest pod dostatkiem, mimo braku zarybień, okoliczne gminy i ich mieszkańcy już dawno zrozumieli jak można żyć z rzeki i jej mieszkańców i dbają o całość Przyrody, są przyjaźnie nastawieni do turystów i bardzo gościnni. Próżno szukać tu walających się na brzegu czy trawnikach śmieci, w zamian za to można tam znaleźć dorodnego borowika lub czerwonego koźlarza i to raczej nie samotnego Dodam może link do filmiku z Mörrum, który był swego czasu w moim opisie: http://www.youtube.com/watch?v=jTW4ORqwqtc Chyba wszystkie sceny, poza tą z lotu ptaka, kręcone są właśnie koło Laxen Hus w Mörrum, to ten czerwony budynek przewijający się w tle. Widać też wspomniane mostki i pomosty.

Ale wróćmy do komentarzy artykułów

Sandacze biorą na dżerki na stronie 14 - ciekawa propozycja na zaporówki, myślę, że warto przeczytać mając takie łowisko w zasięgu i nie tylko.

Na stronie 18 obszerny opis Marka Szymańskiego jednych z najlepszych rzecznych miejscówek, czyli okolic mostów. Zlotowicze z Modlina powinni bez trudu rozpoznać miejsca z fotografii

W dziale spławikowym podoba mi się, że wreszcie doczekałem się "wykładów" dotyczących odległościówki - strasznie zaniedbywanej przez ogromną większość znanych mi zawodników.

Opowiadanie "Drugi brzeg" Darka Duszy - świetna sprawa, znam to z własnego podwórka, jak bym czytał o znanych mi miejscówkach

W dziale muchowym "Muszkarstwo ekstremalne" - znam co nie co temat za sprawą słów Mirka, Mikołaj dopowiedział kilka szczegółów tym artykulikiem. Ale co najważniejsze znalazłem niedawno ciurek wypisz wymaluj jak woda na zdjęciu, może nieco bardziej zadrzewiony, w którym żyją kropkowane ryby Będzie okazja wykorzystać wiedzę teoretyczną w praktyce

Felieton Duszy "Przegrana sprawa" Darek zrobił małe powtórzenie, ale felieton całkiem sympatyczny, wielki plus za powrót do formy

Kilka stron poświęconych łowieniu troci w morzu. Fajna sprawa, mamy już pewien obraz tej fascynującej metody, promuje ją marek0l, w artykule kilka zdań dopowiedzianych, nieco inne łowiska ale... kusi oj kusi ten Bałtyk

Na stronie 67 sprawa problemu, jaki zaznaczyli już na Forum nasi koledzy z Pomorza czyli dopuszczenie przez ZO Słupsk metody spławikowej na wodach górskich tegoż okręgu.

Sezon nocnych wypraw za pasem, może warto pomyśleć o nowej latarce - w tym numerze Marek Szymański zrobił fajne zestawienie tych jakże przydatnych narzędzi, proponowanych przez firmy z branży wędkarskiej.




 Menu
 : Strona Główna
 : prędkość internetu.pl.
 : prgramy instalki.pl
 : problemy w Gothic pl
 : prezydent pl
 : prezyent.pl
 : problemy pl
 : prenumerata Agory
 : prenumerata Muratora
 : prenumerata@pwrsa.pl
 : Prezydent Rzeczypospolitej oddzial pilchowice
jakie rosliny do hydroponiki
instrukcja sonyericsson
york 4991 tsm519
ssm zyczenia noworoczne
komputerowe programy muzyczne
przygody filonka bezogonka opracowanie
Brand Irene Wielka proba
bass gitary elektryczne sklep
henryk viii
bateria do cech zcs1e
Link
 . : : .
Powered by Wordpress | Designed by Elegant WPT